1427476_original

Mój rabin

To chyba dziś, ale nagle nie jestem pewna. Przegrzebuję nerwowo szuflady, żeby między rentgenem kota, starymi legitymacjami i indeksami znaleźć stary paszport. Zgadza się, dziś mija dziesięć lat od czasu, gdy rabin prof. Michael Signer zamieszał w moim życiu. Dokładniej dziesięć lat od chwili, gdy dotłukłam się autobusem z wielką walizką do South Bend w stanie Indiana, by studiować pod jego kierunkiem. Mój rabin, zawsze tak o nim mówiłam i mówię do dziś. W te parę miesięcy pootwierał przede mną tyle światów.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w Krakowie, gdzie współorganizował seminarium chrześcijańsko-żydowskie dla studentów teologii i szkół rabinicznych z Polski, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Z przejęcia, ale też dlatego, że niespecjalnie przykładałam się do nauki w liceum, ledwo mówiłam po angielsku. Z pewnością nie na tyle, by opowiedzieć mu wszystko to chciałam, by być partnerką do rozmowy jaką chciałabym z nim odbyć. Wykorzystywałam każdą okazję, by go słuchać, polowałam na miejsce przy jego stoliku każdego ranka przy śniadaniu. Kiedy była okazja, cierpliwie słuchał, choć był nas tam tłum.

Był jednym z czterech autorów deklaracji rabinów na temat chrześcijaństwa, słynnego Dabru Emet, które ukazało się zaledwie trzy lata wcześniej, w 2000 r.. Deklarację współtworzył po latach zaangażowania w dialog chrześcijańsko-żydowski, wspólnych dni skupienia, formacyjnych spotkań seminarzystów i studentów rabinicznych, dialogów księży z rabinami. Zainteresowanie średniowieczną interpretacją Pisma Świętego pchnęło go jako młodego rabina do dalszych studiów, a te odbył w Toronto pod kierunkiem o. Leonarda Boyle OP. To było jego wprowadzenie w dialog chrześcijańsko-żydowski i na poziomie osobistej relacji w profesorem i naukowo, bo zajmował się tym jak średniowieczne interpretacje Pisma świętego przez chrześcijan i żydów są od siebie zależne, splątane wzajemnymi wpływami i polemikami. Ostatecznie doktorat pisał o Hugonie od Świętego Wiktora. Z czasem, z kalifornijskiej uczelni rabinicznej przeniósł się do zimnej Indiany (jego żona wciąż nie mogła uwierzyć, jak to się stało, że wylądowali na tej wsi) i został jedynym rabinem pracującym na wydziale teologii na bardzo katolickim Uniwersytecie Notre Dame. Tam również brał pod swoje skrzydła i tych, którzy zajmowali się podobną tematyką, jak i nas, których zajmowały współczesne relacje chrześcijańsko-żydowskie. Starał się stwarzać jak najwięcej okazji by chrześcijańscy i żydowscy teologowie musieli zaangażować się w dialog twarzą w twarz, a nie tylko pisząc artykuły.

Seminaria dla młodych chrześcijańskich i żydowskich adeptów teologii starał się organizować co dwa lata. Dzięki temu po Krakowie spotkaliśmy się znów w Norymberdze. Z językiem szło mi dużo lepiej i tak samo nie odstępowałam go na krok. Oprócz tego, że był słynnym w chrześcijańsko-żydowskich kręgach profesorem, był też ciepłym, roześmianym człowiekiem. Kiedy cię słuchał, wydawało się że świat wokół nie istnieje. Żydowsko-niemieckim pojednaniem w wymiarze religijnym zajmował się od lat, spotykając się z grupą niemieckich teologów i księży. W Norymberdze przyglądałam się uważnie jego przyjaźni z ks. Hanspeterem Heinzem, zbudowanej na latach trudnych i ważnych rozmów. Czuć było, że dla obu fundamentem jest wiara, bliskość jaka ich łączyła niewiele bez tego znaczyła.

Kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy, dopiero skończyłam pierwszy rok studiów, do Norynbergi przyjechałam zaś z tematem i szkicem bibliografii do pracy magisterskiej. Chciałam, żeby powiedział, co z tego warto kupić, bo nic nie było dostępne w polskich bibliotekach. Kupić? – zdziwił się. To zupełnie bez sensu, najłatwiej będzie jak do nas przyjedziesz, mamy wspaniałą bibliotekę. Wykpiłam ten pomysł, bo jak niby i za co, ale on poprosił, żeby dać mu trochę czasu na zastanowienie się, jak to zorganizować. Był cudowny, ale roztrzepany. To jego żona Betty przekuwała mistrzowsko jego wizje w twardy logistyczny plan. Dlatego znajomi radzili, żebym się nie przywiązywała do myśli, że to załatwi. Najpewniej już zapomniał, mówili studząc moje nadzieje. Jednak pół roku później jego sekretarka wysłała maila z pytaniem, czy chcę przyjechać na semestr czy na dwa, bo właśnie wypełnia moje wnioski wizowe. Wszystko było gotowe.

I tak dziesięć lat temu wylądowałam na pięknym kampusie, sąsiadującym z małym nudnym miasteczkiem w płaskiej jak stół Indianie, żeby studiować pod jego kierunkiem. Na cotygodniowe spotkanie w jego gabinecie wpadałam z zeszytem zapisanym notatkami i pytaniami, a wychodziłam z torbami książek do przeczytania. Wracałam znów, oszołomiona lekturami które zadał. „Czemu nikt mi nie powiedział do tej pory, że można tak czytać św. Pawła” – mówiłam podekscytowana, a on uśmiechając się zdejmował z półki kolejne pozycje. To był gorączkowy czas, zachłanny. Siedziałam w bibliotece, aż zamykali późną nocą, nawet w niedziele. Zasypiałam wcześnie zmęczona nadmiarem lektur w obcym języku. Na zajęciach kazał nam prowadzić dzienniczek refleksji na temat lektur, który sprawdzał co miesiąc. Mam do dziś jego długie komentarze do moich nieporadnych refleksji. Do dziś mam też w pudłach kserówki książek z jego podkreśleniami i segregator z wystąpieniami na zamkniętej watykańskiej konferencji, których mieć nie powinnam, ale wiedział, że ten temat chrystologii w kontekście dialogu bardzo mnie interesuje. Dziś jego wykrzykniki i komentarze na marginesach są bezcenne.1427476_original

Nie był jednak tylko profesorem. Śmiali się z Betty, że mnie adoptowali i mają nadzieję, że moi rodzice nie mają nic przeciwko temu. Jeździłyśmy z Betty na Farmers Market prowadząc niekończące się rozmowy o zdrowym żywieniu, zgarniali mnie po zajęciach na sushi i w weekend na naleśniki. Chodziliśmy do kina i pubu, a kiedy odprowadzałam go na parking popołudniami po zajęciach cierpliwie wysłuchiwał moich szczeniackich rozważań, co dalej robić w życiu, kim być, czego chcę i co mogę. Cały on, który cierpliwością i pasją formował studentów. Jego żona wielokrotnie podkreślała, że zamiast tego powinien więcej pisać, ale machał ręką, bo uważał, że studenci są ważniejsi od pisania książek. Korzystałam z jego czasu i uwagi bezwstydnie.

Wiedział, że prawdziwy dialog międzyreligijny robią między sobą ludzie wierzący. Nie zapomnę, kiedy oprowadzając mnie po wydziale zaprowadził do kaplicy mówiąc: tu będziesz codziennie, msza jest odprawiana w południe. Właściwie zawstydziło mnie, że zakłada, że bywam na mszy codziennie. To nie było akurat prawdą. Choć faktycznie, w intelektualno-duchowej ekscytacji jaka mi towarzyszyła w tych miesiącach, kaplica stała się ważnym adresem. Pamiętam też inny moment, pewnie podczas którejś z serii rozmów o dialogu chrześcijańsko-żydowski jako takim. Powiedział jakoś nagle i bardzo, bardzo poważnie, że przychodzą czasem w dialogu momenty wielkiej fascynacji tą drugą tradycją, ale żeby nigdy przenigdy nie przeszła mi przez myśl konwersja. Masz wiedzieć skąd przychodzisz, stamtąd czerpać. Nie wiem czy czymś wtedy zasłużyłam na taką przestrogę, czy po prostu postanowił podzielić się radą na życie. Jednak sposób w jaki to powiedział sprawił, że pamiętam to do dziś.

Gdy nasz wspólny czas studiowania zbliżał się do końca, przedstawił mnie gościnnie wykładającej izraelskiej profesorce jako swoją studentkę, która za rok będzie studiowała w Jerozolimie. – Co takiego? Musimy porozmawiać – chrząknęłam i odciągnęłam go na bok. – A, no właśnie, zapomniałem ci powiedzieć, uważam że to świetny pomysł. Przyjdź jutro, to pogadamy – odpowiedział niedbale. Przyszłam, ale byłam zła, nie chciałam tam jechać, mieszkać ani studiować. Marzyłam o prestiżowym angielskim programie o relacjach chrześcijańsko-żydowskich. Michael zachęcał, pokazywał jaki ciekawy program czeka na mnie w Jerozolimie, że będę mogła postudiować wszystko, o co go tu tak nerwowo wypytuję. – Relacje chrześcijańsko-żydowskie w antyku, przecież ciągle do tego wracamy w naszych rozmowach – przekonywał. Wreszcie nieco zniecierpliwiony spojrzał pobłażliwie ale jakoś belfersko i stwierdził, że przecież mnie zna i nie nadaję się na te brytyjskie studia, bo nie usiedzę w bibliotece. A skoro nie usiedzę, to on chciałby, żebym poza nią była otoczona przez żydowski świat, język hebrajski, Jerozolimę, różnorodność synagog. Żeby to nie były tylko studia, ale pakiet doświadczeń. Uległam, bo w końcu relacja mistrz uczeń zobowiązuje, ale też nie wierzyłam, że się uda. Do dziś podejrzewam, że to jego rekomendacja (cokolwiek w niej było) otworzyła mi drzwi Uniwersytetu Hebrajskiego. Dwa lata później, gdy przekażę swojemu kierownikowi studiów, że Michael jest umierający, będziemy przytuleni razem płakać w korytarzu.

Zdążyliśmy jeszcze pojechać na jedno wspólne seminarium do Lublina. Tydzień później wylatywałam do Jerozolimy, gdzie nie znałam nikogo. Przykazali jerozolimskim uczestnikom, że mają się mną opiekować. Pogrozili, że przyjadą sprawdzić czy się wywiązali. W nikim nie miałam na początku pobytu takiego oparcia, od wspólnych szabatów i świąt po żyrowanie wynajmu mieszkania. Zaraz po jego śmierci biegłam na ich kampus, wiedząc że zrozumieją, co teraz czuję. Tego dnia Benji poprosił, żebym z nim ubrała po modlitwie zwój Tory, a kolegom studentom szkoły rabinicznej wyjaśnił, że dziś jesteśmy we wspólnej żałobie i nie znajduje lepszego gestu na to, żeby wyrazić ile znaczył dla nas Michael i co nas połączyło.

Nie znosiłam z początku nauki hebrajskiego, ale widziałam jak go cieszyło, że już coś umiem i że nie mówi ale uważa, że powinnam już dawno mówić płynnej i rozumieć więcej. Parę miesięcy później okazało się, że jest ciężko chory. Przemogłam niechęć do języka i ucząc się głownie dlatego, że on tego chciał.

Nie mamy właściwie wspólnych zdjęć, bo miało być jeszcze tyle okazji. Żegnaliśmy się zawsze niedbale, krótki uścisk i „no to cześć,” bo jakoś nie znosiliśmy celebrowania i przedłużania tych rozstań. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni Betty opowiadała mi film (ten sam, po raz kolejny) a my patrzyliśmy co jakiś czas na siebie jakby potwierdzając, że spokojnie, przecież się jeszcze nagadamy.

Na krótko byłam tylko jedną z wielu jego studentów, ale dał mi w tym czasie więcej niż mogłam przyjąć i zrozumieć. 10 stycznia, dzień rocznicy jego śmierci, zbyt ściska gardło. Dziś jednak mamy rocznicę radosną, początku krótkiej, wspólnej przygody, która radykalnie zmieniła moje życie. Niech go moja niezmierna wdzięczność otula tam, gdzie teraz jest.

image

Proporce i cegły

„Z wielką troską i ze wzrastającym zdziwieniem patrzymy od dłuższego czasu…..” – rozpoczynał Pius XI encyklikę Mit Brennender Sorge, wydaną i odczytaną w niemieckich kościołach w kwietniu 1937 roku. Wydaną zbyt późno i przede wszystkim w trosce o katolików, a nie Żydów i inne ofiary ustaw norynberskich. Po sobotnich wydarzeniach w Białymstoku wielu pisało, że aktualne są słowa encykliki:

Tylko płytkie umysły mogą popaść w ten błąd, by mówić o bogu narodowym, o religii narodowej. Tylko one mogą podjąć daremną próbę, by w granicach jednego tylko narodu, w tej ciasnocie krwi jednej zamknąć Boga.”

Ale myślę, że najbardziej aktualne jest co innego: znów bagatelizujemy i spóźniamy się z reakcją. Jak wtedy.

Wtedy trzeba było zareagować już na list z 12 kwietnia 1933 r., w którym Edyta Stein zwracała się do papieża: „My wszyscy, którzy jesteśmy wiernymi dziećmi Kościoła i z otwartymi oczami patrzymy na sytuację w Niemczech, obawiamy się, że jeśli milczenie będzie trwało dłużej, wizerunek Kościoła będzie jak najgorszy. Jesteśmy również przekonani, że to milczenie nie będzie w stanie okupić na dłuższą metę pokoju z obecnym niemieckim rządem.” Ot, przeszła nam właśnie gorzka rocznica jej bezskutecznego, prorockiego wołania, by Kościół Chrystusowy podniósł głos.

Ale przecież już wszystko dobrze. Rzecznik białostockiej kurii wydał co prawda niezgrabne oświadczenie, tłumaczące sytuację niedopatrzeniem administracji parafialnej, ale już parę godzin później Przewodniczący KEP wyraził dezaprobatę dla wykorzystywania świątyni do głoszenia poglądów obcych wierze chrześcijańskiej. Dzień zamknęła wiadomość, że ks. Międlar otrzymał od swoich zakonnych przełożonych całkowity zakaz wystąpień publicznych. Możemy odetchnąć?

No właśnie nie.

Nie jest to jednak jedyny katolicki prezbiter sygnujący swoją działalność w mediach społecznościowych skrótem CWP. To, że nie błyszczą jak on na wiecach nie znaczy, że ich nie ma.

Bagatelizowanie i spóźnione reakcje to też w takich sprawach rzecz nie nowa. Dorosłe życie rozpoczęłam od próby zamknięcia antysemickiej księgarni w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie. Proboszcz ofukał, że nie będzie cenzurował;  kuria zbywała jak mogła; biskup pomocniczy wzdychał, że jemu też nie podobają się niektóre książki w różnych księgarniach, a pół roku później przerwał rozmowę rzucając słuchawką. Ówczesny ordynariusz udawał, że o niczym nie wie, mimo kilku listów otwartych skierowanych właśnie do niego.

Wtedy było mi trudno uwierzyć, że to się dzieje na prawdę. Wyryte w pamięci cytaty z kościelnych dokumentów potępiających antysemityzm, kazały mi gorzko wzdychać: „Hipokryci!” To jednak niezłe wejście w katolicką dorosłość. Bez złudzeń.

Z resztą jeszcze wcześniej – gdy byłam w podstawówce – mój ukochany proboszcz zaczął gościć z wykładami Jerzego Roberta Nowaka, a w parafialnym kiosku pojawiły się pierwsze antysemickie publikacje.

Poza tym, niektórzy znani mi jeszcze z księgarni Antyk autorzy i wydawcy spokojnie wystawiali niedawno swoje książki na Targach Wydawców Katolickich. Czemu się więc dziwię? Już niczemu.

Czemu dziwię się, że ujawniają nam się księża narodowcy. Przecież widzę od dzieciństwa jak Kościół flirtuje z narodowcami. A że to dłuższe dziedzictwo przekonałać się łatwo, czytając roczniki katolickiej przedwojennej prasy.

Gdy oglądam proporce ONR w białostockiej katedrze to księgarnia „Antyk” z piwnic warszawskiego kościoła – jakkolwiek odrażająca i szkodliwa – wydaje się jednak dość podziemną działalnością w porównaniu z tym szpalerem w głównej nawie. Tak widać bywa, gdy kiełkującej niegodziwości nie nazwie się po imieniu. Przecież tamta literatura była dokładnie w tym duchu, a pismo „Szczerbiec” – pamiętam jak dziś – stało na stojaku z prasą, na prawo od wejścia. To niezgrabne oświadczenie białostockiej kurii wpisuje się właśnie w to nienazywanie, które znam sprzed 14 lat z warszawskiej kurii.

„W Kościele zaś jest miejsce dla przepowiadania ewangelii zachęcającej do miłości każdego człowieka.” – pisze abp. Gądecki. Super, że tak napisał, ale czemu biskup miejsca nie udźwignął sprawy i potrzeba było interwencji z Poznania? I co ze współcelebransem ks. Międlara, który jak się okazuje jest kapelanem białostockiej policji? Co z tymi wszystkimi księżmi narodowcami, i skąd się biorą. Jak to jest, że dostają sutannę i sporą władzę, ale oczy przysłania im narodowa duma?

***

Dzień na te rozmyślania jest nieprzypadkowy. 73 lata temu zaczęło się powstanie w Getcie Warszawskim.

Mój dom stoi tam, gdzie kiedyś było getto. Wiadomo, że na gruzach. Głęboko kopać nie trzeba, tuż pod powierzchnią ziemia jest rdzawa, a gdy ją kopnąć butem odsłoni ceglany gruz. Tym razem kopano jednak głębiej, więc wykopano całe cegły. Więcej, przed wejściem odsłonięto nam mury piwnic kamienicy, na której miejscu stoją nasze mieszkania. Ta sama nazwa ulicy, ten sam numer.

Jakoś inaczej mija mi w tym roku ta rocznica. Po tygodniach kontemplowania tych cegieł, które zostały po getcie i w cieniu wydarzeń z białostockiej katedry. Wiem ile uczy się młodzież o Żydach i Zagładzie, widzę wyniki sondaży antysemityzmu i smutno konstatuję, że księża po prostu z tych szkół się biorą i z tego społeczeństwa. A jednak wciąż szpaler zielonych proporcy z białostockiej katedry nie daje spać.

 

image image image

Kobiety w Watykanie x3

Pierwszy raz o kobietach w Watykanie mówiono na nieszczęsnym Spotkaniu Plenarnym Papieskiej Rady Kultury (zwykle co dwa lata), którą poprzedzała pospieszna akcja #lifeofwomen. Na tym blogu zachęcałam by się w nią włączyć, bo kiedy Watykan uchyla okienko, to trzeba korzystać. Wyszło jak wyszło, a wspólnego efektu w postaci filmu i opinii kobiet nigdy nie zobaczyliśmy online. Mamy zapis z otwarcia konferencji, migają filmy, ale raczej te profesjonalnie nakręcone w tym celu przez kongregację, a nie te przysłane w ramach crowdsourcingu. Akcja społeczna (a że jednak był efekt wiadomo, śledząc feministyczne blogi) nie została usłyszana. Jakby ktoś chciał zobaczyć to otwarcie, to wyglądało TAK.

Przy okazji kard. Ravasi zebrał sporo krytyki, za pospieszną akcję, za niezborny filmik ją promujący, nawet za dziwny angielski akcent włoskiej aktorki Nancy Brill,, która w nim występowała, za zbliżenia na jej rzęsy  i oczy (no, przecież kobieta…). Krytykowano też, że watykańskie wideo epatuje blond aktorką, podczas gdy stanowisko przygotowujące konferencję krytykuje operacje plastyczne. Właściwie czepiano się wszystkiego. Anglojęzyczna wersja filmu szybko zniknęła z internetu.  Szybko też zaczęto mówić, że Rada Kultury chciała użyć social media, ale się na nich nie zna. Poza tym, potrzebny był kwiatek do kożucha, a pewnie (tego oficjalnie nie wiemy, ale taki wniosek się nasuwa jeśli wyszukać hash tagi) najbardziej zmobilizowaną grupą kobiet, okazały się różnej maści kościelne feministki.

Wkrótce potem przyczepiono się do dzieła sztuki, które zostało użyte w materiałach konferencyjnych. Wenus Odrestaurowana (1936),  rzeźba artysty o nazwisku Man Ray (1890-1976) budziła nie najlepsze skojarzenie. Bez głowy, bez tożsamości, tylko biust, brzuch i krępująca ją lina. I choć została wzięta w obronę przez historyków sztuki, (również Micol Forti, szefową kolekcji sztuki wpółczenej w Muzeach Watykańskich), artyście wypomniano ustępy z pamiętników w których wspominał o brutalnych stosunkach seksualnych. Kard. Ravasi próbował jeszcze tłumaczyć, że rzeźba obrazuje to, że wiele kobiet wciąż doświadcza przemocy, walczy o wolność ich głosy nie są słyszane. Szybko jednak padło pytanie, czy ma na myśli, że dzieje się tak również w Kościele. Wenus wymieniono szybko na obraz Święta Godzina (1907) szwajcarskiego malarza Ferdinanda Hodlera. Zatem klapa wizerunkowa o jaką trudno.

venus restored

Kate McElwee z Women’s Ordination Conference, która była obecna na inauguracji w Teatro Argentina podsumowała potem zalety i wady tego spotkania. Wśród zalet, że w ogóle zadano kobietom pytanie kim są. Oraz, że pośród świadectw widocznych na ekranie pojawiło się wystąpienie z TED Anne Marie Slaugter, ekspertki politycznej, oraz włoskiej teolożki Marinelli Perroni.

Wady jednak jakby przeważają, i to na pierwszy rzut oka. Mężczyźni występowali na scenie czytając cytaty z mężczyzn dotyczące kobiet, w tle przygrywał zespół jazzowy złożony z mężczyzn. Na scenę wyszło młode małżeństwo, ale mówił tylko on. W tle często widać było zakupione w agencjach zdjęcia różnorodnych kobiet, w etnicznych strojach, zbliżenia młodych i zniszczonych wiekiem twarzy z różnych stron świata. Bezimienne ilustracje. Błędy, których na prawdę nie powinno się już popełniać.

Nietrudno się zgodzić z Kate, że całość była niezdarna i pełna usterek. Może i intencje były dobre, ale konferencja okazała się papierkiem lakmusowym watykańskiego postrzegania kobiet.

Z resztą, inną wizualną stroną sesji plenarnej Rady Kultury są zdjęcia. Kobiety w kościele, jako żywo. Może zamiast konferencji i pozornego słuchania głosów kobiet rada powinna zwyczajnie włączyć więcej z nich do swego grona? Póki co jej członkami jest 16 kardynałów, 14 biskupów i 4 ludzi kultury, czy raczej mężczyzn kultury, bo faktycznie są to sami mężczyźni. Wśród konsultorów, czyli osób które są proszone o opinie i czasem zapraszane na spotkania jest 28 mężczyzn (w tym bardzo wielu księży) i 7 kobiet. Zamiast więc zajmować się zgubnym wpływem operacji plastycznych, Papieska Rada Kultury lepiej przysłużyłaby się kobietom, przyglądając się sama sobie.

plenary-fem plenary-fem2

 

Drugi raz, kiedy temat i głos kobiet pojawił się ostatnio w Watykanie, to konferencja The Voices of Faith organizowana przez fundację Fidel Götz, która 8 marca 2015 odbyła się po raz x, tym razem w samym sercu Watykanu, bo Istotą wydarzenia jest właśnie to, czego nie było na spotkaniu Ppaieskiej Rady Kultury: słuchanie głosu kobiet z różnych stron świata. I to głosów niebanalnych. W tym roku przemówiły  choćby Tina Beattie, teolożka feministyczna z Wielkiej Brytanii, Astrid Lobo Gajiwala, teolożka i lekarka z Bombaju, zachwycające ale i mocno feministyczne bohaterki mojej książki Kościół kobiet. O samej konferencji trzeba tu będzie napisać osobno, cytując obszernie to, co mówiły uczestniczki i przedstawiając je. Na razie odnotujmy, że to się na prawdę wydarzyło. A wydarzyło się, bo szefowa fundacji Chantal Goetz usłyszała pytanie dziennikarza zajmującego s^ę Watykanem: co kobiety właściwie robią w Kościele. Krótko potem pojawił się papież Franciszek mówiąc o potrzebie obecności kobiet w Kościele. Chantal Goetz postanowiła pokazać, co już się dzieje ale też dać kobietom mówić własnym głosem. Jeśli macie wolne 4 godziny i znacie angielski, to bardzo polecam film z całości konferencji, o której transmisję w czasie rzeczywistym i zapis zadbali organizatorzy. Droga Papieska Rado Kultury, tak to się właśnie robi!

 

Trzeci raz głos kobiet i o kobietach wybrzmiał w Rzymie pod koniec kwietnia. Otwierając 28 kwietnia konferencję “Kobiety w Kościele” na Papieskim Uniwersytecie Antonianum, siostra Mary Malone, która jest pierwszą kobietą rektorem papieskiego uniwersytetu mówiła: „Kobiety nie są tylko gośćmi w Kościele – jesteśmy Kościołem, i chcemy nim być jeszcze bardziej.” Podkreślała też, że nie wystarczy że kobiety przemyślą swoje miejsce w Kościele, bo mężczyźni też je muszą przemyśleć. Szefujący Papieskiej Radzie Kultury kardynał Gianfranco Ravasi otwierając spotkanie cytował Germaine Greer mówiąc: my kobiety wiemy kim jesteśmy, ale nie wiemy kim możemy być albo kim mogłyśmy być. Przedstawił też krytyczną analizę historii nauczania o kobietach, ale dodał ostrzeżenie przed gender. W reakcji na słowa kardynała włoska teolożka, profesor Cettina Militello przedstawiła swoją krytykę kościelnego nauczania o kobietach a Inter Insignores – dokument Pawła VI, który jako pierwszy pisał o niemożności święceń kobiet – nazwała dewastującym. Prosiła też o bardziej zniuansowane podejście do gender, krytykując Kongregację Nauki Wiary i dwóch ostatnich papieży, którzy je demonizują. Franciszek faktycznie nie tak dawno temu porównał gender do broni nuklearnej. Jak pisze Kate McElwee, relacjonująca konferencję dla Women’s Ordination Conference, trudno było wyczytać na twarzy kardynała reakcję, kiedy występowała prof. Militello.

melone

 

Czy coś się już zmieniło? Pojawiła się symboliczna rysa. Papieska Rada Kultury przyznała, że jej nie wyszło. Feministyczne katoliczki opowiadały o sobie w sercu Watykanu, a potem konferencję o kobietach na papieskiej uczelni otworzyła siostra-rektor, a teolożka feministyczna odniosła się krytycznie do wcześniejszej wypowiedzi obecnego na sali kardynała.

Może jednak coś się dzieje….

Czyli jak jest z tą Maryją?

Maj. Maryjny ponoć miesiąc. A my jak bardzo maryjni jesteśmy tak w rzeczywistości?

Na przykład ja byłam wczoraj na pierwszym w życiu majowym. Wstyd? czy ja wiem. Po prostu nie znam tego z domu, a jakoś nigdy specjalnie maryjna pobożność mnie nie pociągała. Pocieszam się też, że ponoć wielu księży na pierwszym majowym jest w seminarium.

Żeby było jasne. To bardzo piękne nabożeństwo i chylę głowę przed ekipą Magazynu Dywiz, że wyprowadza je na ulice Warszawy pod miejskie kapliczki. I – co nie bez znaczenia – że skrzykuje świeckich, którzy je mogą przecież sami zrobić.

IMG_5524

Mieć rzęsy jak Maryja? – za udostępnienie zdjęcia z Japonii dziękuję Kasi

Tylko jak to jest z tą Maryją? Nie w sensie pobożności, choć to też, ale kim ona dla nas jest? Chcemy być jak ona, możemy być jak ona? W jakim sensie?

Można przeczytać sporo kim jest dla feministycznych teolożek. tego miałam ostatnio w bród. Ale kim jest dla Was, dla nas, dla mnie?

Siostrą, pierwszą wśród wierzących? Łagodniejszą twarzą Boga? Tą która litościwa, powstrzyma rękę syna? Kim jest dla Ciebie Maryja?

Jak ja nie lubię jak mówi się o niej Maryja. To „–yja” jakoś tak odrealnia – wyznaje przyjaciółka, którą o to dopytuję. Zaczepiam inne. „Pobożność maryjna? Nie, nie mam chyba nic do powiedzenia” – migają się. Nie daję się zbyć tak łatwo. Majowe? Różańce. Mają z tym problem. Ale jeśli nie dać łatwo za wygraną, zaczynają opowiadać niezwykle osobiście. Że jest im bliska, bo była matką. „Tak, ok, macierzyński Bóg, też, ale ona wiesz, miała dziecko w sobie. To jednak co innego. ” – tłumaczy któraś.  Jak próbują znaleźć sposób na różaniec, jak drażni je kult, ale jak mają z nią własną relację.  Czasem nieprostą. Czasem właśnie muszą się przedrzeć przez warstwy zwyczajów i ikonografii, żeby odnaleźć bliskość.

Dla mnie to też nie było nigdy łatwe i oczywiste. Kapliczki, cudowne obrazy, święta Maryjne, litanie – to nie był i wciąż nie jest specjalnie mój świat. A jednak dwóm osobom zawdzięczam jakieś Jej odzyskanie, lub bardziej znalezienie dla siebie. Są to Filippo Lippi i o. Jacek Bolewski SJ.

 

lippi2

Czemu akurat piętnastowieczny włoski malarz Filippo Lippi miałby odebrać jakąś rolę? Przypadkiem zupełnym. Jako licealistka biegłam przez National Gallery w Londynie żeby zobaczyć salę z impresjonistami i się zupełnie zgubiłam. Za to znalazłam się przed jego obrazem „Zwiastowanie”. Usiadłam i już zostałam. Gapiłam się długo. Medytowałam? To zostawmy. Ważne że wyszłam z stamtąd po ponad godzinie i już zostałam mocnym przeżyciem znaczenia tej sceny. I ten obraz – akurat ten, bo tak się wtedy złożyło – na kupionej tego dnia muzealnej pocztówce, przeprowadza się ze mną od 16 lat. Siła jej decyzji wtedy? Siła twoich decyzji. Szacunek Boga do naszych wyborów. no wiecie, te i inne sprawy.

Za to nasz ś.p. dziekan, o. Jacek Bolewski SJ gdy uczył nas mariologii do znudzenia powtarzał, że ona jest pierwsza pośród wierzących. Pierwsza ze swoim tak, pierwsza ze swoim wzięciem do nieba z duszą i ciałem. Pokazuje na co nas jako ludzi stać. Poza tym ojciec Bolewski swoje książki zawsze zaczynał pisać 8 grudnia…

No dobrze. To kim dla Was jest Maryja? Jaka jest wasza maryjna pobożność? Anyone?

 

Kościół kobiet

Blog zamarł na parę miesięcy, ponieważ cały mój czas pochłonęły ostatnie prace nad książką. Książką zrodzoną właśnie z tego bloga. Znalazło się w niej wiele poruszanych tu tematów, ale też dużo więcej. Stąd z wielką radością mogę ją polecić wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom bloga „Żydzi i czarownice.” Już jest, wydrukowana i gotowa. Dostępna w księgarni Wydawnictwa Krytyki Politycznej, a już za moment w innych księgarniach.

kosciol kobiet okladka druk lakier-1Nazwa Kościół kobiet nawiązuje nieco do idei Women-Church ukutej przez chrześcijańskie feministki w latach osiemdziesiątych. Rozczarowane brakiem zmian na które czekały, zaczęły tworzyć własne ekumeniczne, kobiece wspólnoty. Przestrzeń kobietom przyjazną.

Chciałam pokazać taką przyjazną kobietom przestrzeń jaką sama dla siebie znalazłam. Zakonnice twierdzące, że są feministkami właśnie dlatego, że są zakonnicami. Teolożki feministyczne, audytorki soboru i synodów, a nawet kobiety, które czują powołanie kapłańskie lub działają na rzecz zmiany w tej dziedzinie. Katolickie feministki, które nie zamierzają opuszczać Kościoła i wierzą, że znajdzie się w nim dla nich miejsce. Same zaś tworzą przestrzeń, w której mogą odnaleźć się inne kobiety.

Tak, to książka, zrodzona również w reakcji na polską dyskusję o gender. W poczuciu, że coś dzieje się bez nas, kobiet. I że ten but wiele z nas może wyprowadzić poza Kościół, a przecież nie musi. Tak, można być katoliczką i feministką. Tak, można zmieniać Kościół od środka i jeśli się na to zdecydujecie, to nie będziecie same.

Poznajcie więc kościelną międzynarodówkę feministyczną. A potem – mam nadzieję – wyciągniemy wnioski, damy się zainspirować ich przykładem i … weźmiemy się w polskim Kościele do kato-feministycznej roboty.

Zapraszam też do dołączenia na facebooku: https://www.facebook.com/kosciolkobiet gdzie będzie trochę z książki i jeszcze więcej tego, co się w książce nie zmieściło. Oraz przestrzeń do rozmowy.

#lifeofwomen

Choć wszyscy zdają się być na nartach lub innych zimowych wyjazdach, wciąż przez parę godzin można wysłać do Watykanu swoją odpowiedź.

Pojawiły się słuszne pytania: a kiedy panowie będą odpowiadać na podobne pytanie. Problem jest od dawna znany, kobietę definiuję się jak nieznane lądy, o mężczyznach tyle się nie rozpisuje.

Pojawiły się też głosy, że jak dali tylko minutę i tak mało czasu to nie jest poważne, więc nie skorzystam. Bo żeby powiedzieć coś naprawdę potrzeba 15 minut. Co ja mam powiedzieć w minutę? – pytałyście. Zgoda. Ta akcja nie wygląda na jakieś bardzo poważne słuchanie głosu kobiet, ale cóż. Wsadzamy stopę w szparę w drzwiach i próbujemy.

Pośmiałyśmy się też trochę – z resztą jak wszyscy – z filmu z blondynką. Katolickie dziennikarki tweetują z przekąsem: „Hej, chłopaki, ale sami nie robiliście tego filmu, nie?” i oceniają go bardzo krytycznie jako mało profesjonalny. Farbowana londynka łopocząca rzęsami która tłumaczy kobietom że są ważne, okazała się mało przekonująca.

Inna rzecz, to kto mógł faktycznie odpowiedzieć na to wezwanie, wysłanie dzień przed wigilią. Prawdopodobnie trudno o 2 tygodnie w roku w których ludzie spędzają mniej czasu przed komputerem i mają małe szanse w ogóle dostać wiadomość.

Ale też kogo pytasz, wysyłając wideo tak po prostu, a nie próbując zaangażować lokalnych mediów katolickich dysponujących sprzętem i … zrobić tego z wyprzedzeniem.

I nie mniej ważne. Pytanie kobiet poprzez internet żeby odpowiedziały za pomocą wideo i zdjęć jest wykluczające. Wykluczające dla tych, które inaczej niż Pani na filmie nie mają smartphona, a których głos powinien zostać zwłaszcza usłyszany. Pośród ponad miliarda katolików żyjących na świecie większość nie miałaby szans odpowiedzieć nawet, gdyby usłyszała pytanie.

Po co więc to całe zachęcanie by się włączyć?

Zwyczajnie dlatego, żeby korzystać z każdej możliwości. Można się irytować na kard. Ravasi na to ile dali czasu i jak ich reklamowe wideo wygląda. Ale można zwyczajnie odpowiedzieć. Co wyniknie, nie wiemy. Ale nie można powiedzieć, że nie próbujemy. Nie opowiesz wszystkiego, rzecz jasna. Ja nawet nie próbowałam.

Mnie przekonała brytyjska teolożka i naczelna katolickiego The Tablet Tina Beattie, która starała się zachęcać do wzięcia udziału w akcji tłumacząc, że im bardziej reprezentatywne i zróżnicowane będą to glosy, tym większa szansa że zaprezentują złożoność ludzkiej kondycji i rozmaite drogi obierane przez kobiety.

Termin nadsyłania wideo i zdjęć upłynie za parę godzin, ale pytanie zostaje: jakie jest Twoje doświadczenie bycia kobietą w Kościele? Może chcesz to jednak opowiedzieć? Blogowy e-mail  zydziiczarownice@gamil.com działa również po 3 stycznia. Tutaj nie trzeba kręcić wideo, można zwyczajnie pisać. Może coś z tego wyniknie? Zatem zapraszam.

Tymczasem takie głosy:

 

I inne z daleka:

Przeprowadzka w Nowy Rok

Drodzy Czytelnicy,

W Nowy Rok, 1 stycznia 2015, Tygodnik Powszechny przeprowadził się w nową przestrzeń internetową: www.TygodnikPowszechny.pl . Jest pięknie!  Tam też możecie znaleźć mój noworoczny kato-feministyczny tekst. Można się zarejestrować za darmo (póki co) i przeczytać.

Blog przeprowadza się wraz z Tygodnikiem w jego nowy internetowy świat na  http://zydziiczarownice.blog.tygodnikpowszechny.pl/

Screen Shot 2015-01-01 at 4.39.44 PM

Wkrótce przeprowadzą się tam również treści stąd, stare wpisy i Państwa dyskusje. Będziemy więc mogli wszystkie wątki kontynuować.

Ale teraz na Nowy Rok dzieje się nowe. Jest akcja, razem z kobietami z całego świata ślemy zdjęcia i filmy do Watykanu. Brzmi jak dobry początek 2015.

#lifeofwomen

Więcej znajdziecie już w nowej lokalizacji. 

 

Screen Shot 2015-01-01 at 2.22.18 PM

Watykan pyta kim jesteśmy. Odpowiadamy!

Witajcie po przeprowadzce. Nowe miejsce, nowy rok. Co nie znaczy, że będzie w innym duchu. Tak, znowu – i w AD 2015 i w nowej lokalizacji bloga – będziemy się czepiać różnych miejsc styku spraw Kościoła i spraw kobiet. No to możemy zacząć.

Papieska Rada ds. Kultury i watykańska grupa konsultacyjna ds. kobiet szykują na początku lutego 2015 spotkanie plenarne na temat „Kultury kobiet: równość i różnica” (tu można zobaczyć stronę). Ma być tam mowa o równości i różnicy właśnie, o ciele kobiety rozpiętym między kulturą a biologią, o nowych formach udziały w życiu Kościoła, o służbie i władzy, duchowości, niewidzialności ubogich kobiet.

Jasne, to jeszcze żaden news.

To co jednak ważne, to że organizatorzy tuż przed świętami ogłosili wideo-kampanię, którą wzywają katoliczki z całego świata do przesyłania minutowych spotów wideo lub zdjęć z odpowiedzią na pytanie: kim jesteś? co robisz? co myślisz o swoim byciu kobietą? o swoich zaletach i trudnościach, swoim ciele i życiu duchowym?

Pytają, więc warto odpowiedzieć!

 

Czytaj dalej

Woda, skała i płeć

„Siedzimy na najbardziej męskiej rzeczy na świecie: skale. I patrzymy na najbardziej kobiecą rzecz na świecie: wodę” – mówi do kamery profesor z Boston College. Tak zaczyna się film ilustrujący temat „Zrozumieć mężczyznę i kobietę” umieszczony na stronie Międzynarodowego Międzyreligijnego Kolokwium o Komplementarności Kobiety i Mężczyzny, które odbyło się w listopadzie tego roku w Rzymie. Film jest do obejrzenia tu (jednocześnie po angielsku, francusku, hiszpańsku, z włoskim tłumaczeniem).

A w nim profesor filozofii z Libanu tłumaczy, że receptywność jest kobieca, ale nie pasywna tylko twórcza. Rola mężczyzny zaś jest aktywna. Potem będą różni inni profesorowie i mądrości o tym, że owszem są głupie stereotypy, ale są i takie role umocowane w emocjonalnych potrzebach: chłopcy chcą być superbohaterami, a dziewczynki usłyszeć że są piękne, co znaczy że kochane i akceptowane. Żeby nie było wątpliwości, na filmowych przebitkach dziewczynka z diademem na głowie i w różu (rzecz jasna) mizdrzy się przed lustrem, a chłopiec jeździ na karuzeli lub odgrywa rycerza. Czytając tę samą ksiażkę one zwracają uwagę na uczucia, oni na akcję, trudną misję. Wykładowca z seminarium dodaje: Zobaczcie jak jest w Biblii, jak mężczyznom dane jest doświadczenie Boga i misja. Stereotypy są rzecz jasna powierzchowne, ale to nie stereotypy tylko archetypy, a te są kosmiczne. Wbudowane w nas. Nie ma przed nimi ucieczki – powie siedząc dalej nad brzegiem oceanu ten sam wykładowca z Bostonu. Ach, i jeszcze że Matka Natura nie jest feministką, więc tak to urządziła. A Matka Natura zawsze wygrywa.

DSC_0579

Eksperci z różnych stron świata, a jacy zgodni. No z naturą i kosmosem nie wygrasz. W dodatku całe kolokwium sponsorowane było przez Kongregację Nauki Wiary, Papieską Radę ds Rodziny, Papieską Radę ds Dialogu Międzyreligijnego i Papieską Radę ds. Promowania Jedności Chrześcijan.

Skoro natura i Watykan mówią, że przed komplementarnością nie ma ucieczki, to czy nie ma jej naprawdę?

Tak się może zdawać jeśli poszukamy dalej. Sięgam po Teologiczną semantykę płci, autorstwa dr hab. Jarosława Kupczaka OP. Między nami mówiąc, czytając zgrzytałam zębami i fukałam pod nosem. Choć może nie wypada tak krotochwilnym tonem i na blogu wzdychać nad książką kierownika katedry antropologii teologicznej Wydziału teologicznego UPJPII. Wnioski są podobne. Kosmos skazał nas na komplementarność.

Tu jest jak nad tym oceanem z filmu. Sięgamy do Freuda, de Bouyera i Eliadego, żeby usłyszeć, jak skonstruowana jest relacja męskie-żeńskie w naturalnym Objawieniu i strukturze świata. Jak to Bóg jest niczym  transcendentny Małżonek wobec całej rzeczywistości kosmicznej, a w szczególności ludzkiej. Że u Eliadego najwyższe, niedostępne, niebo jest atrybutem bóstwa, a niebo, miejscem jego przebywania. Zaś czczona jest umiejętność zapładniania, realizowana przez święte małżeństwo z macierzą agralną.

Autor tłumaczy: „Używanie określeń męskich na nazwanie nieba niekoniecznie musi wiązać się – jak to zwykle, powierzchownie interpretuje współczesna krytyka feministyczna – z patriarchalnym  systemem wartości, w którym to co męskie jest wyższe, tzn. bardziej wartościowe, boskie, mające większe znaczenie. Niebo jest męskie poprzez proste nawiązanie do najbardziej pdstawowego układu odniesień, w którym tworzą się ludzkie systemy znaczeń, czyli do ludzkiego małżeństwa i rodziny. Dalekie niebo jest męskie, bo mężczyzna w procesie rodzenie i wychowywania dzieci jest ‘na zewnątrz’, jest odległy, podczas gdy matka jest wewnątrz. Ojciec zapładnia pozostając odległy; a rodzące się dziecko jest częścią matki.” (s. 59)

Ok. W Biblii też podobnie. Tu Bóg jest rzecz jasna przede wszystkim oblubieńcem, Lud Wybrany jest oblubienicą. Bóg w Biblii bywa też czułą matką, kobietą szukającą drahmy, ale w tym systemie to niepotrzebne odstępstwo od reguły. Tymczasem autor Teologicznej semantyki płci wytłumaczy, o co z oblubieńcem i oblubienicą chodzi: „Wydaje się, że tej ‘męski’ charakter Boga do człowieka objawia się przede wszystkim w fakcie, że miłość Boga do swojego ludu, duszy człowieka, Kościoła, jest zawsze pierwsza; jej istota jest czynne podjęcie inicjatywy. (…) Miłość między człowiekiem i Bogiem jest zawsze miłością otrzymaną od Boga jako niezasłużony dar, a dopiero później miłością odwzajemnioną i skierowaną ku Bogu. W tym znaczeniu miłość oblubienicy (człowieka, Kościoła, Izraela) jest „pobudzona” i warunkowana przez miłość Boga-oblubieńca. Pierwszą „kobiecą” cechą miłości oblubienicy jest receptywność, przyjęcie i odwzajemnienie „męskiej” miłości oblubieńca.” (s.90)

I jesteśmy w domu. Receptywność jest kobieca, wychodzenie z inicjatywą męskie. Receptywność nie jest bynajmniej pasywnością, żeby się nikt nie obraził, ale duchową doskonałością. Tylko tu się trochę zgubiłam, bo skąd my to wiemy. Z Biblii? No to zależy jak się ją czyta. Czy Miriam ratująca malutkiego Mojżesza jest receptywna czy inicjatywna? Czy Judyta idąca do obozu wroga, podczas gdy starszyzna jest gotowa poddać miasto wykazuje się inicjatywą? Czy Bóg mówiący do Izraela „Nie bój się robaczku” nie przemawia jak matka nad kołyską?  Fuj, mówię prawie jak Elisabeth Johnson, a przecież w innym miejscu o. Kupczak nazwie jej argumentację emocjonalną oraz określi „grochem z kapustą.” Aż nudno jest wytykać, jak charakterystyczne jest krytykowanie kobiet pod hasłem „emocjonalność argumentów.”

Żeby to wyjaśnić kwestię receptywności, potrzebny będzie dłuższy cytat z Teologicznej semantyki płci, budujący na Miłości i odpowiedzialności Karola Wojtyły. Odpowiedź jest więc jasna. Receptywność i inicjatywność wzięliśmy (oprócz kosmosu i Eliadego) głównie z późniejszego papieża. Idzie to tak (podkreślenia moje):

„Zarówno kobieta jak i mężczyzna czynnie kochają druga osobę i doznają miłości ze strony drugiej osoby; niemniej zdaniem Wojtyły, doznanie jest istotniejsze dla kobiet, a czynne wyjście z aktem miłości jest istotniejsze dla mężczyzn. Dla naszych obecnych rozważań, które zakorzeniają tożsamość mężczyzny i kobiety w ich odrębnej cielesnej strukturze, istotny jest fakt, że dla autora Miłości i odpowiedzialności bierność i czynność, doznawanie i dawanie, które tworzą odrębne profile kobiecości i męskości, zakorzenione są w cielesności człowieka, a bardziej precyzyjnie w strukturze ludzkiego aktu seksualnego. Czytamy w omawianej książce: „Natomiast stosunek seksualny, współżycie płciowe mężczyzny i kobiety, nie da się pomyśleć bez aktu woli, i to zwłaszcza ze strony mężczyzny. Nie chodzi tu tylko o samą decyzję, chodzi także o fizjologiczną możność odbycia stosunku, do czego mężczyzna nie jest zdolny w stanach wyłączających jego wolę, np. We śnie czy nieprzytomności. Z natury samego aktu wynika, że mężczyzna gra w nim rolę czynną, on ma inicjatywę, podczas gdy kobieta jest stroną bierną, nastawioną na przyjmowanie i doznawanie. Wystarczy jej bierność i brak sprzeciwu tak dalece, że akt płciowy może się odbyć nawet bez udziału jej woli – w stanie wyłączającym całkowicie jej świadomość, np. w nieprzytomności, w śnie, w omdleniu. W tym znaczeniu współżycie seksualne zależy od decyzji mężczyzny.”(s. 40) (cyt. z K. Wojtyły za: Miłość i odpowiedzialność, Lublin, 1960, 242)

Skoro receptywność kobiety i aktywność mężczyzny opiera się na prostym fakcie, że da się z kobietą odbyć stosunek seksualny, nawet kiedy jest w nieprzytomna, w śnie czy w omdleniu (normalnie mówimy: zgwałcić) to właściwie nie mam już pytań. Gwałt potencjalny fundamentem komplementarności płci, a to ci dopiero!

Ale jest jeszcze praktyczna wykładnia. Autor Teologicznej semantyki płci ciągnie dalej: „fenomenologiczna obserwacja ludzkiego doświadczenia miłości pozwala Wojtyle dostrzec pewną wymienność czynności i bierności w mężczyzny i kobiety. To prawda, że mężczyzna najpierw czynnie kocha, ale następnie doznaje miłości. To prawda, że kobieta chce najpierw doświadczyć miłości, ale następnie odpowiada czynną miłością, chce aktywnie kochać. Równocześnie, aby mężczyzna mógł czynnie pokochać (to mężczyzna oświadcza się kobiecie, a kobieta czeka na oświadczyny i przyjmuje je; kobieta oddaje się mężczyźnie, który bierze kobietę), jego miłość musi być ‘obudzona”, poruszona przez piękno kobiety. Kobieta zaś, aby obudzić zainteresowanie i miłość, stara się w sposób niekiedy bardzo pracochłonny i czasochłonny stać się godną zainteresowania, piękna i atrakcyjną.” (s. 41)

Bo on chce być superbohaterem, a ona usłyszeć że jest piękna i kochana. Witajcie w katolickiej bajce o płci. On jest jak skała, ona jak woda. To nie stereotypy, tylko archetypy. Przed nimi nie ma ucieczki. Kosmos, Matka Natura, wiadomo…

No i jak się wam podoba?

 

 

Teolożki jak truskawki

Podczas tygodniowej sesji Międzynarodowej Komisji Teologicznej, która tym razem obradowała już w nowym składzie, papież Franciszek zauważył, że jest w niej więcej kobiet. I pewnie wszystko byłoby super, gdyby nie te truskawki… Czepiam się? Niech będzie, ale metafory Franciszka uciekają w dziwne rejony. Byli już księża pod pantoflem swoich gospodyń, jako obraz co stanie się z Kościołem, gdy kobiety będą miały większy wpływ. Teraz pięć teolożek wybranych do komisji doradzającej Kongregacji Nauki Wiary w roli truskawek na torcie. Tak powiedział, że są jak truskawki na torcie. No i że przydałoby się ich więcej. Tu akurat zgoda.

Co robią truskawki na torcie? Na torcie zwykle dekorują.

Nie, nie uważam, żeby Franciszek myślał, że teolożki są tam tylko dla dekoracji. Ale trudno się nie zgodzić, że mogłoby być ich więcej. Już było na tym blogu o parytecie w komisji. Wciąż uważam, że Watykan mógłby zacząć narzucać taki styl. Piętnaście teolożek by się na całym świecie znalazło. Nawet takich bardziej ortodoksyjnych od samego papieża Ratzingera.

Teraz na kolejną kadencję Międzynarodowej Komisji Teologicznej, rozpoczynającą się w 2014 roku powołano trzydziestu teologów, pośród których jest pięć kobiet: Amerykanka s. Prudence Allen, Australijka Tracey Rowland, Brytyjka Moirę Quinn pracującą w Toronto, pracującą w Rosji Słowenka, s. Alenka Arko i Niemka pracującą w Wiedniu, prof. Marianne Schlosser.  Watykański komunikat towarzyszący nominacjom mówił, że teraz kobiety stanowią 16% członków komisji, co jest znakiem rosnącego zaangażowania kobiet w teologię. 16 % to oczywiście lepiej niż dwie na 28 członków poprzedniego składu. Również geograficzne zróżnicowanie trzeba widzieć jako pozytyw.

Ale truskawki moglibyśmy sobie jednak darować. W końcu szanownych panów i księży profesorów z nowego składu (owych li tylko 84% świadczących o nieprzemijającej dominacji mężczyzn w sygnowanej przez Watykan teologii) nikt nie porównuje do kremu i biszkoptu w tym komisyjno-teologicznym cieście.

Ale żeby być sprawiedliwą, papież wyraził też nadzieję, że obecność tych pięciu kobiet będzie zaproszeniem do refleksji nad rolą jaką kobiety mogą i powinny pełnić w dziedzinie teologii. To byłoby coś nowego, bo poprzedniczki jak ognia unikały kobiecych tematów. A od feministycznych teolożek amerykańskich można było usłyszeć zgryźliwe komentarze, że s. Sara Butler (poprzednie 2 kadencje, jedna z dwóch pierwszych kobiet w komisji)  w Komisji już zupełnie zapomniała, że jest kobietą. To może nie jest do końca sprawiedliwe, bo jakkolwiek s. Butler nie należy do najbardziej feministycznych teolożek – a wręcz przeciwnie, nawróciła się ze zwolenniczki kapłaństwa kobiet na gorącą przeciwniczkę – to jednak z bycia kobietą chyba zdaje sobie sprawę. Mówiła w wywiadach, sama będąc wykładowczynią w seminarium w Chicago, ze kobiety wykładające w seminariach teologię są w seminariach potrzebne. A o możliwości uprawiania teologii przez kobiety mówiła jako o rodzaju udziału we władzy w Kościele:  „Katolicki teolog ma powołanie kościelne co – poprzez niezależne badania naukowe lub pracę w komisjach – daje istotną możliwość współtworzenia decyzji.” Czy i jak z tej władzy korzystała i czy zadowoliła swoje dawne, ale nienawrócone z feminizmu koleżanki to już inna sprawa.

Franciszek mówił dalej, że członkinie komisji, poprzez swój kobiecy geniusz (tego kobiecego geniuszu w tekstach papieskich nie może zabraknąć) mogą wyczuć, dla dobra nas wszystkich, niektóre niedoceniane aspekty niezgłębionej tajemnicy Chrystusa. „Zachęcam więc was do jak najlepszego wykorzystania tego szczególnego wkładu kobiet w rozumienie wiary.”

Czyżby powiedział: słuchajcie kobiet, bo może usłyszycie coś, czego nie dostrzegacie sami? No za to można mu może nawet wybaczyć te truskawki.

Birthday_Cake_with_Red_Strawberry-med

epSos.de [CC-BY-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons